O NIEZNANYCH LUB MAŁO ZNANYCH WYDARZENIACH Z DZIEJÓW NASZEJ SZKOŁY I O JEJ BUDOWIE W LATACH 1859-1862
Zbigniew Miszczak - 8.07.2026 o 11:03
Przez blisko trzy miesiące przechodziliśmy wzdłuż osi czasu spiesząc na lekcje. Prowadziła nas od armaty naprzeciwko wejścia głównego, korytarzem na dole, schodami na górę i korytarzem na piętrze do pracowni historycznej 71 i polonistycznych 70 i 68. (...)
„Dziękuję (…) Wam, po milion razy dziękuję (…);
ale znowu proszę i błagam tych, którzy jeszcze wesprzeć mają,
nie opóźniajcie się, bo w miarę dochodów mury się wznoszą (…)”.
s. Paulina Jellec, maj 1860 r.
„(…) już mury kościelne i jedna trzecia część klasztoru są wyprowadzone
i pokryte blachą angielską (…). Przeto kochani Bracia i Siostry,
kończcie to dzieło, któreście tak gorliwie zaczęli.
Wasze to dzieło, nie moje. Bóg jest tu Rządcą, a Wy fundatorami i kasjerami (…);
ja zaś jestem tylko stróżem tej fabryki”.
s. Paulina Jellec, koniec 1860 r.
„Ponieważ do wykończenia budującej się świątyni (…)
i zabudowań klasztornych potrzebuję jeszcze około sto tysięcy złotych polskich
i z tego powodu często bardzo smutne napastują mnie myśli z gorzkimi wyrzutami:
„za wielkie zaczęłaś dzieło, nie potrafisz skończyć!” (…),
odzywam się do wspaniałych serc Waszych (…),
błagając rzewnymi łzami, nie odmawiajcie mi do końca pomocy Waszej (…)”.
s. Paulina Jellec, początek 1862 r.
„Zaledwie rok czwarty upływa,
jak objawioną została po raz pierwszy myśl wzniesienia nowej świątyni (…)
oraz zabudowań klasztornych (…); a już okazałe gmachy wzniosły się na pustym dotąd placu,
przyczyniając niemałej ozdoby wybranemu grodowi, bogatemu w świetne wspomnienia historyczne (…)”.
s. Paulina Jellec, wrzesień 1862 r.
Przez blisko trzy miesiące przechodziliśmy wzdłuż osi czasu spiesząc na lekcje. Prowadziła nas od armaty naprzeciwko wejścia głównego, korytarzem na dole, schodami na górę i korytarzem na piętrze do pracowni historycznej 71 i polonistycznych 70 i 68. Przygotowana na Dzień Otwarty 10 kwietnia 2026 roku dla Ósmoklasistów chętnych rozpocząć od września naukę w IV LO, jest też dla nas wszystkich – Uczniów i Pracowników – świetnym sposobem uświadomienia sobie wybranych dat i wydarzeń z historii Szkoły, w której uczymy się, pracujemy, wspólnie przebywamy. Jest swoistym zaproszeniem do lepszego poznania historii pięknej i bogatej, ściśle związanej z dziejami Polski, Częstochowy i Jasną Górą (nie tylko ze względu na położenie gmachu szkolnego w Jej bliskości przy Alei Najświętszej Maryi Panny 56) oraz Henrykiem Sienkiewiczem (Patronem już od 1916 r.) i Jego obecnością w kulturze narodowej.
Na rok przed Jubileuszem 165-lecia ilustrację naszej podróży przez trzy stulecia: dawne XIX – minione XX – i trwające XXI, gdy placówka była wznoszona i organizowana, funkcjonowała, zmieniała się i rozwijała, zatytułowaliśmy:
164 LATA HISTORII IV LICEUM OGÓLNOKSZTAŁCĄCEGO
im. HENRYKA SIENKIEWICZA W CZĘSTOCHOWIE
1862 – OŚ CZASU – 2026
Z natury rzeczy instalacje tego typu nie są trwałe, dlatego postanowiłem napisać o naszym dziele, tym bardziej że pracowało nad nim wielu uczniów i nauczycieli. Jako koordynator działań współpracowałem z Panią Profesor Joanną Życińską, Panią Profesor Edytą Chodorowską i Panią Profesor Beatą Smakosz. Nasi uczniowie zajęli się wydrukiem faktografii, wybranej i ustalonej przeze mnie w konsultacji z Panią Profesor Joanną Życińską (nauczycielką historii), a następnie przytwierdzili karty do ścian. Opis wielu dat zyskał ładną formę plastyczno-ilustratywną: historyczne zdjęcia, fotografie portretowe osób, rysunki, emblematy itp. O zawartość graficzną naszej osi najbardziej zadbała Pani Profesor Joanna Życińska i Klasa 1B pod moim kierunkiem.
Pamiętam, jak w roku 2007, w gorącym okresie klasyfikacji klas maturalnych i przygotowań do egzaminów, dostałem od ówczesnego Pana Dyrektora (dziś już śp.) Mariana Jaszewskiego zgodę w ostatnim momencie na wyjazd do Ziębic (na Dolnym Śląsku) na Ogólnopolskie Spotkania Sienkiewiczowskie 19-20-21 IV 2007. A jechać należało, by odebrać nagrodę za I miejsce w konkursie pod hasłem „Sienkiewicz wciąż inspiruje nas do nowych działań…” dla nauczycieli szkół ponadgimnazjalnych. Była to zarazem okazja do reprezentowania IV LO w sesji autoreferatów przedstawicieli Szkół Sienkiewiczowskich na temat „Historia Szkół Sienkiewiczowskich w kraju”. I gdy mówiłem o częstochowskim „Sienkiewiczu” (a wystąpienie wzbudziło duże zainteresowanie wśród zgromadzonych naukowców, badaczy twórczości i biografii autora Trylogii, bo IV LO jest znane w Polsce i uznawane za jedną z najstarszych szkół pod patronatem Henryka Sienkiewicza, jeśli nie najstarszą), zdałem sobie sprawę, że tylko dotykam tematu, którego nawet potężna monografia nie wyczerpałaby do końca.
Temat „powrócił” do mnie rok temu, przy okazji robienia zdjęcia naszego Grona Pedagogicznego. Sądziliśmy (błędnie), że fotografujemy się w 105. rocznicę utrwalenia na zdjęciu (chyba jedynym zachowanym) dawnego grona profesorskiego, uczącego w Gimnazjum Sienkiewicza (28 pracowników, wśród nich zaledwie cztery kobiety, na tle pieca kaflowego). Bez wątpienia wizerunek jest wcześniejszy – pochodzi najpewniej z 1915 roku, kiedy otwierano – utworzone z inicjatywy doktora Władysława Biegańskiego – ośmioklasowe Gimnazjum Męskie Towarzystwa Opieki Szkolnej. Dowodem koronnym jest obecność na zdjęciu właśnie dr. Biegańskiego (siedzi w pierwszym rzędzie trzeci od prawej), który w powstającym gimnazjum uczył logiki oraz filozofii, ale krótko, bo zmarł w styczniu 1917 roku.

Teraz więc, gdy stanęliśmy przed zadaniem doboru dat na obmyślaną oś czasu, przejrzeliśmy krytycznie materiały źródłowe i opracowania historyczne, doprecyzowaliśmy wiele ważnych informacji, choć niektóre z nich nadal uznaliśmy za niedokładne, jak choćby tę o ustawieniu pomnika Henryka Sienkiewicza na placu przed szkołą w 1973 roku. Otóż ciągle nie znamy daty dziennej tego wydarzenia i nie wiemy, czy z tej okazji została zorganizowana należyta uroczystość.
Porównawszy prace naukowe, rozstrzygnęliśmy natomiast, że szkołę nazwano gimnazjum nie w roku 1877, a w – 1887, w czym pomogła publikacja Franciszka Sobalskiego „Częstochowa w latach 1826-1905”, zawarta w pracy zbiorowej pod redakcją prof. Stefana Krakowskiego „Dzieje Częstochowy od zarania do czasów współczesnych” (Katowice 1964). Ponadto chciałem wyznaczyć początek funkcjonowania nazwy IV Liceum Ogólnokształcące i udało mi się – tą datą jest 1 września 1964 roku.
Zorientowałem się także, iż sukcesy szkoły z niedawnej przeszłości nie są nam, nauczycielom, w pełni znane. Po prostu umykają nam z pola uwagi w codziennym zabieganiu i w ferworze pracy bieżącej. Powinniśmy zatem często je przypominać, bo to przecież jeden z powodów naszej satysfakcji i potwierdzenie efektywności naszej pracy zawodowej. Dlatego poprawiłem przekaz utrwalający się niestety, jakoby „Sienkiewicz” zdobył tylko dwa razy tarczę „ZŁOTEJ SZKOŁY” za uzyskane wyniki na maturze i w olimpiadach przedmiotowych. Otóż nie. W ciągu ostatnich ośmiu lat Liceum Sienkiewicza znalazło się trzykrotnie w grupie najlepszych liceów w kraju według rankingu czasopisma „Perspektywy”. Z uzyskanego tytułu „ZŁOTEJ SZKOŁY” cieszyliśmy się w roku 2019, 2020 i 2021.


Do wysokiej pozycji przyczynił się między innymi znakomity uczeń Maciej Raźniak, obecnie doktorant na Uniwersytecie Warszawskim. Zapisał się w szkolnych annałach złotymi zgłoskami jako laureat II lokaty Olimpiady Literatury i Języka Polskiego 2017/2018 (op. Zbigniew Miszczak), finalista Olimpiady Geograficznej 2017/2018 (op. Lidia Liszczyk), laureat Olimpiady Filozoficznej 2018/2019 (op. Zbigniew Miszczak), laureat Olimpiady Historycznej 2018/2019 (op. Joanna Życińska). W tamtym czasie napisałem kilka artykułów przedstawiających drogę naukową Maćka. Ponieważ historia ogólnopolskich olimpiad przedmiotowych dla młodzieży trwa od początku lat 70. XX wieku, a drugiego ucznia z tyloma tytułami olimpijskimi nie znalazłem w kronikach szkolnych, dlatego postanowiłem właśnie sukcesy tego ucznia zaznaczyć na osi czasu. Ze względu na nie Maciek już jest naszym najlepszym uczniem ostatnich 60. lat, a jeśli nie pojawi się ktoś drugi, kto zdobędzie tyle samo (a nawet więcej) laurów, to Maćka z powodzeniem będzie można tytułować „Najwybitniejszym Uczniem 100-lecia Liceum Sienkiewicza”.

Z kolei zaznaczona na osi sobota 14 października 2017 r. – dzień Zjazdu Absolwentów z okazji 155-lecia placówki – ma przypominać nie tylko o samym Jubileuszu, ale też o udekorowaniu w trakcie obchodów jubileuszowych sztandaru szkoły złotą odznaką honorową „Zasłużony dla Województwa Śląskiego”, którą Sejmik wyróżnił Liceum za współczesne zasługi. Nadanie tego wyróżnienia nie odbiło się większym echem, dlatego postanowiłem wyszczególnić je na linii dziejów.


W chronologii uwzględniłem dodatkowo kilka głośnych wydarzeń o zasięgu lokalnym czy krajowym, które łączyły się ze szkołą tylko pośrednio, ale w istocie miały duży wpływ na ducha społeczności, zwłaszcza uczniowskiej. Jednym z nich było spotkanie z Henrykiem Sienkiewiczem, który przybył do Częstochowy 8 grudnia 1903 roku, rozpoczynając serię swoich odczytów na powodzian w aż piętnastu miastach. Ówczesna prasa podaje, że przyszło zobaczyć i usłyszeć znamienitego gościa około dwóch tysięcy ludzi, podczas gdy teatr miejscowy nader skromny („brudna buda”) mógł pomieścić tylko sześćset osób. Najbardziej rzucali się w oczy na widowni („wypełnionej do „ponadostatniego” miejsca”) uczniowie: „widać tłocznie młodzież” – pisał korespondent „Tygodnika Ilustrowanego”. Dlatego twierdzę, że to ona głównie wydała ów „grzmot oklasków”, jaki rozległ się w teatrze dwukrotnie: gdy pisarz wszedł na scenę i gdy skończył występ. Szkół średnich prywatnych w 70-tysięcznej Częstochowie istniało na przełomie XIX/XX wieku kilka, ale państwowa wyłącznie jedna: Męskie Gimnazjum Państwowe – dzisiejszy „Sienkiewicz”. Kto wie, może wśród oklaskujących pisarza w tamten grudniowy wieczór najwięcej było chłopców z tego gimnazjum? – Stanisław Burhardt-Bukacki, Rudolf Dreszer, Gustaw Dreszer, Janusz Głuchowski, Kazimierz Mastalerz, Marian Skrzynecki, Marian Januszajtis, Wacław Głazek – za dwa lata wezmą udział w strajku szkolnym, walcząc o to, by język polski stał się językiem wykładowym, a za lat kilkanaście w Legionach Polskich będą się bić o niepodległość (1914-1917) i bronić Lwowa (1918-1919). Czy pamiętne spotkanie z autorem Trylogii uskrzydliło ich do bohaterskich czynów?

Ale idea bohaterstwa w imię „Boga, Honoru i Ojczyzny”, znamienna dla wyborów i poświęceń uczniów, kształconych patriotycznie w murach tej Szkoły, była realizowana nie tylko z bronią w ręku. Ona właściwie legła u podstaw – dosłownie – u podstaw murów tego gmachu. Bo zaiste niezwykłym bohaterstwem pracy, wręcz heroicznym wysiłkiem myśli i rąk, heroizmem starań i zabiegów, połączonych z nadzieją rozpalaną nieustannymi modlitwami, było postawienie tych murów. – Bo jak inaczej docenić i słowem wyrazić ten trud – niewyobrażalny, tytaniczny – jaki podjęło zaledwie pięć sióstr z szóstą – swoją przełożoną Pauliną Jellec na czele Zgromadzenia Sióstr Życia Maryi /Congregatio Mariae Vitae/, skrótowo i pospolicie zwanych Mariawitkami.
Do Częstochowy przybyły w roku 1786 z Litwy, gdzie powołano je 49 lat wcześniej i gdzie posiadały 45 klasztorów w najbardziej sprzyjającym dla nich czasie, czyli do utraty przez Rzeczpospolitą niepodległości. Na terenach Korony Królestwa Polskiego miały tylko jedną maleńką siedzibę – właśnie pod Jasną Górą, w pewnym niedogodnym dla ich działalności oddaleniu od kościoła św. Jakuba (innego od obecnego, mniejszego, zburzonego przez Rosjan w roku 1870). A zajmowały się „pracą u podstaw”, zanim pozytywiści warszawscy sformułowali ten postulat w głośnym programie po roku 1864: przysposabiały do życia chrześcijańskiego neofitki (głównie żydowskiego pochodzenia), wychowywały sieroty (często od niemowlęctwa) i edukowały dziewczęta. Skoro otrzymały od władz (za opłatą czy w darze? – spróbuję rozstrzygnąć później) obszerny pusty plac pod kościół i klasztor wraz z pozwoleniem zbierania składek i ofiar na budowę, podjęły tę wyjątkową okazję. „Spiritus movens” ogromnego przedsięwzięcia budowlanego była właśnie siostra Paulina Jellec, znana i szanowana w Częstochowie, do której przybyła z Litwy wraz z s. Anną Tabeńską 24 maja 1834 roku, by uratować zakon przed wygaśnięciem. Gdy wzmocniła pozycję Zgromadzenia jako ważnej, potrzebnej, cenionej instytucji w społeczeństwie miasta, przyjęła kolejne wyzwanie, lecz niejako wbrew możliwościom tak małego, działającego w ubóstwie zakonu. Dlatego musiała zabiegać o wsparcie.
W tym celu udała się do Warszawy pod koniec września 1858 roku. Akurat przebywał tam car Aleksander II Romanow. Towarzyszyli mu książęta z Zachodu; demonstrowany był sojusz rosyjsko-niemiecko-francuski pod dominacją Rosji. Wśród zaproszonych znajdował się książę Napoleon Józef Bonaparte. Nie wiemy, czy doszło do spotkania siostry Pauliny z księciem Napoleonem, ale wiemy, „iż Jego Cesarska Wysokość łaskawie ofiarował na cel powyższy kwotę 1000 franków i że kwota takowa wypłaconą została w złocie na ręce Przełożonej”. Przybył z Paryża 28 września i zamieszkał w tzw. Domu Białym w Łazienkach Królewskich. Zaraz po przyjeździe złożył wizytę carowi w Belwederze, skąd car kurtuazyjnie odwiózł go do zajmowanego pałacyku. Na drugi dzień (29 IX) byli wraz z „księciem sasko-wejmarskim” na Polach Mokotowskich oglądać manewry jazdy i artylerii, po czym udali się do Wilanowa, gdzie gospodarze, rodzina Potockich, urządzili dla nich podwójne łowy w Natolinie i w zwierzyńcu wilanowskim, wydali obiad i oszałamiająco pięknie rozświetlili ogród do wieczornego spaceru. Tego samego wieczoru władcy bawili jeszcze na przedstawieniach w teatrze dworskim w Pomarańczarni w Łazienkach. Ostatniego dnia pobytu (30 IX) Napoleon zjawił się o godz. 13. na Polach Powązkowskich, aby u boku cara oglądać przy muzyce defiladę piechoty, artylerii, jazdy w ilości przeszło kilkudziesięciu tysięcy. Tego samego dnia spotkali się ponownie na obiedzie u cara w Pałacu Łazienkowskim o godz. 17. Po uczcie monarcha odwiózł do Domku Białego i pożegnał księcia o godz. 19.45. Napoleon z orszakiem opuścił Warszawę o. 21.30, Aleksander II wyjechał do Petersburga o 22.30, a „książę sasko-wejmarski” – nazajutrz rano.
Jeśli przyjąć, że widzenie s. Jellec z Napoleonem Józefem odbyło się, to tylko 30 września, na odjezdnym, gdy panujący zwyczajowo okazywali łaskę i miłosierdzie przedstawicielom zwykłego ludu. W szczupłym gronie przychodzących po prośbie, szczęśliwców dopuszczonych przed oblicze Najjaśniejszego Pana, mogły się znaleźć nasze Mariawitki. Moje przypuszczenie uprawdopodobnia informacja ówczesnego korespondenta prasowego, zredagowana pod wrażeniem gestów Napoleona: „Książę przy wyjeździe hojnym datkiem udarował służbę, najmniejszy datek wynosił pięć napoleondorów. Mariawitki z Częstochowy na składkę kościoła i zakładu swego dobroczynnego otrzymały od niego 3000 (!) franków. Trzech starych naszych wojaków, z krzyżami legii honorowej, za podaniem prośby otrzymali po tysiącu franków”.
Zwróćmy uwagę na rozbieżność komunikatów. Czy przełożona Jellec odebrała trzy tysiące czy tysiąc franków w złocie? Niestety, zapewne „tylko” tysiąc, bo ta kwota w przekazie prasowym jest korektą tej trzykrotnie większej. Tak czy inaczej akt dobroczynności następcy tronu francuskiego (notabene darzącego Polaków sympatią) zaimponował, tak że został przekazany do wiadomości publicznej.
Co nastąpiło potem? W sobotę 2 października, w związku z nabożeństwem do Niepokalanego Serca Maryi (tzw. Nabożeństwo Pierwszych Sobót), siostra Paulina Jellec i siostra Anna Tabeńska (przyjechały do Warszawy we dwie) – „po wysłuchaniu mszy świętej na ich intencję odprawionej” – rozpoczęły kwestę. Chodząc od domu do domu, kwestowały przez cztery tygodnie w mieście stołecznym, bo „Warszawa, z pobożności głośna i z miłosierdzia swych mieszkańców, wybraną została naturalnie przez zacne siostry za punkt wyjścia do rozpoczęcia kwesty” – objaśniał jeden z dziennikarzy. Zebrały przeszło 5.100 złotych polskich, czyli w przeliczeniu około 750 rubli srebrnych. Kwota znaczna, ale czy się mogła równać przeszło 400.000 złp., jakie August hr. Potocki wydał na „świetne i okazałe przyjęcie w Wilanowie, które monarchę jak i obecnych książąt zachwyciło”? Tym s. Jellec na pewno sobie głowy nie zaprzątała i to, że czterotygodniowy maraton wyczerpał siły, nie martwiło. Nareszcie miała zasób gotówki. Być może tą drogą chodzenia po prośbie, rozpoczętą od Napoleona Józefa Bonapartego, uzbierała owych 2500 rubli srebrem, za które nabyła plac na budowę (razem 7 działek). Wątpię bowiem, czy wygospodarowała taką kwotę wcześniej, wszak Mariawitki słynęły z ubóstwa. Cenę oraz powierzchnię placu podaje dokument wskazany przez Alinę Popczyk w monografii „IV Liceum Ogólnokształcące im. Henryka Sienkiewicza w Częstochowie 1862-2007. Szkoła, nauczyciele, wychowankowie” pod redakcją Juliusza Sętowskiego.
No tak, ale w prasie z tamtej epoki widnieje informacja: „Do liczby najznakomitszych dotychczasowych ofiar należą:” – i na pierwszym miejscu jest podane: „Dar uczyniony przez Najjaśniejszego Pana, z obszernego placu pod kościół i zabudowania klasztorne, oraz kwoty 150 rs. gotowizną”. „Najjaśniejszym Panem” jest oczywiście car Aleksander II Romanow. Czyżby to świadczyło, że s. Jellec przedłożyła prośbę Zgromadzenia Mariawitek „Jego Cesarsko-Królewskiej Mości” podczas jego i swojej bytności w Warszawie? A „dobry” car wyszedł naprzeciw potrzebom wspólnoty? To by też mogło oznaczać, że realna wartość terenu, przyznanego mocą carskiej decyzji, wynosiła 2500 rs., dlatego wykazano ją w końcowym spisie inwentarza w 1864 roku (Alina Popczyk, jw.). W każdym razie, załatwiwszy formalności urzędowe, niezłomna Przełożona szybko zaczęła urządzać zaplecze budowalne. Od czego? Od wykopania dwóch studni. Była sobota 13 listopada 1858 roku:
„(…) po odprawionym nabożeństwie w kaplicy Świętego Jakuba na uproszenie błogosławieństwa Boskiego dla rozpocząć się mających prac oraz za dobrodziejów do ofiar należących, w którym prócz całego Zgromadzenia PP. Mariawitek wzięli udział wszyscy zebrani robotnicy, przełożona /Paulina Jellec – ZM/ łącznie z siostrą wikarią /Anną Tabeńską – ZM/ w asystencji ks. Eugeniusza Tobolczyka, profesora Zakonu OO. Paulinów na Jasnej Górze, a zarazem spowiednika Zgromadzenia, udała się na plac i, gdy ks. Tobolczyk pobłogosławił w obranym na ten cel miejscu, rozpoczęła kopanie pierwszej studni od zrobienia kilofem znaku krzyża świętego; kopanie drugiej studni rozpoczęła w podobnyż sposób siostra wikaria”.
Po chwilowej przerwie Panny Mariawitki kontynuowały „swą kwestarską po Warszawie pielgrzymkę”, ale jednocześnie s. Paulina weszła w kontakt z redakcjami gazet i tygodników warszawskich o zasięgu ogólnopolskim. Prasa nagłośniła całą rzecz: wzywała czytelników do ofiarności, zamieszczała wykazy ofiarodawców oraz – co szczególnie istotne – publikowała listy przełożonej z wołaniem i błaganiami o pomoc. Polacy odpowiedzieli hojnie, bo siła wiary była w nich ogromna! Ofiary przesyłano pocztą wprost na ręce przełożonej, składano w świątyniach, zanoszono lub nadsyłano do redakcji pism, np. „Kuriera Warszawskiego”. Były to wpłaty nie tylko indywidualne (nawet od rodaków z Petersburga; przeważnie sygnowane inicjałami imienia i nazwiska), ale też zbiorowe. Mobilizowały się całe rodziny, małżeństwa, grupy zawodowe, parafie, wsie, nawet miasta (np. Kijów); przykładowo, pod wpływem gorliwego przemówienia księży w miejscowości Rawa zebrano aż 73 ruble. Już pobieżny przegląd wybranych wpłat dowodzi wymownie, że nadchodziły one z różnych stron dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Na uwagę zasługują przekazy z historycznych polskich Kresów, a więc z guberni mińskiej, z powiatu słuckiego, z Wołynia, z Korsunia, z Lidy i Grodna, z guberni podolskiej. Często był to „grosz wdowi” dosłownie, np.: „Od F. B. wdowy z dziećmi kop. 30 na światło przed PANEM JEZUSEM przed Kościołem Śgo Krzyża, na intencję ulgi w cierpieniach, i kop. 30 od tejże na budowę Kościoła PP. Mariawitek w Częstochowie, aby MATKA BOŻA uprosiła u SYNA błogosławieństwo dla sierot”. Czasem ktoś zapalony ideą, wpłacając rubla (ofiara najczęściej praktykowana w zbiórkach o charakterze religijnym czy charytatywnym), dołączał się do apelu, czego przykładem „odezwa” kogoś o inicjałach L. G. z maja 1860 roku: „Zróbmy to bracia dla Tej Świętej MATKI! Nie tłumaczmy się brakiem funduszów, albowiem lada złotówka przyjętą będzie (…)”.
Równolegle do powoli nabierającej tempa kampanii informacyjnej, a więc w okresie przygotowawczym, gdy funduszy właściwie jeszcze brakowało, siostra Jellec zabezpieczała i wyposażała – wbrew obawom i przemęczeniu – plac budowy. Wystarczy zacytować słowa pełne podziwu jednego z ówczesnych publicystów, by zrozumieć presję sytuacji:
„Wielebna Paulina Jellec, przełożona ubogiego tego zgromadzenia, nie ulękła się trudnego zadania, jakie zbiegiem okoliczności na barki jej włożonym zostało. Pełna silnej woli i ufności w Opatrzność jęła się do pracy; padając nieraz z utrudzenia, krzepiła wątłe siły ciała potęgą niezmordowanego ducha. Ale za to w krótkim nader czasie obszerny plac 6 200 sążni kwadratowych /~22 000 m2 = ~2,2000 ha – ZM/ wynoszący, pod nową budowę przeznaczony, obwiedziony został ozdobnym i mocnym murem, pięć łokci /czyli blisko 3 metry – ZM/ nad poziom wyniesionym, prócz dwóch łokci fundamentu /czyli nieco ponad metr – ZM/; zwieziona znaczna ilość drzewa, wapna, kamienia i innych materiałów budowalnych; wykopane dwie studnie dostarczające obficie wody, założona wreszcie cegielnia dla wyrobu potrzebnej do budowy cegły.
Zdumieć się istotnie potrzeba nad ogromem dokonanej już pracy przy żadnych prawie środkach, nad tą niezmordowaną gorliwością i siłą energii, przy których pomocy i za wolą Bożą ukończy się rozpoczęte chwalebnie dzieło, i stanie niezadługo świątynia, co będzie nowym przybytkiem chwały imienia Maryi, a niemałą ozdobą starego i sławnego w dziejach grodu Częstochowy”.
Istotnie, Opatrzność nad tym przedsięwzięciem czuwała, jego lokalizacja w bliskim sąsiedztwie Jasnej Góry potwierdzała to, co zowie się „genius loci”, Polacy otworzyli swoje serca i kieszenie, a polscy majstrowie wzbili się na wyżyny swego fachu. Nazwiska niektórych z nich zostały utrwalone w prasie: do wykopania dwóch studni „ugodzono” majstra Jana Bajera; robotami ciesielskimi kierował majster Franciszek Koczula, a całą budową – W. Kaliszewski.
I stało się! Nadszedł dzień założenia i poświęcenia kamienia węgielnego – niedziela, 11 września 1859 roku. Został wybrany, przypuszczam, ze względu na trwającą oktawę święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny (8 IX), zwanego w tradycji ludowej – Matki Boskiej Siewnej. Powszechnie wiadomo, że na święta Maryjne zawsze przybywały i przybywają liczne rzesze pielgrzymów, ale dawniej na jasnogórskie uroczystości odpustowe przypadające we wrześniu docierało do Częstochowy pielgrzymek najwięcej (dlatego obchody Jubileuszu 500-lecia Jasnej Góry papież Leon XIII wyznaczał w 1882 roku właśnie na 8 września, a dotarło do sanktuarium wtedy – mimo obostrzeń policyjnych – około pół miliona pątników z kraju i zagranicy). Zatem już okoliczności religijne zapowiadały wspaniałość celebracji, które dla uświetnienia aktu erygowania nowej świątyni – serca dużego, artystycznie i funkcjonalnie zaprojektowanego kompleksu kościelno-klasztornego, arcyważnego dla Mariawitek, dla Częstochowy i Narodu Polskiego (pod zaborami przecież!) – przebiegły wspaniale. Dla Boga, Maryi, Ojczyzny. Z dzisiejszej perspektywy czasowej można śmiało stwierdzić, że tamta chwila była jedną z najpiękniejszych i sercu Częstochowian miłych chwil w dziejach ich miasta. Oczywiście nie zabrakło (jak zwykle) malkontentów wyrażających opinię, iż nowy kościół w centrum miasta jest zbyteczny. – Chyba nie brali pod uwagę zapowiedzi o rozbiórce kościoła św. Jakuba, „niefortunnie” usytuowanego na wprost nowego ratusza i przy placu (aktualnie imienia dra Biegańskiego) przeznaczonym na rynek. Gdyby tak się stało (co zresztą zaborca zrealizował, lecz w zamian pobudował cerkiew), Mariawitki nie mogłyby odprawiać modlitw według reguły zakonnej i udzielać chrztu świętego nawracanym na wiarę katolicką kobietom, do czego głównie zostały powołane. Gdyby zwlekały z podjęciem decyzji choćby przez kolejny rok, nie zdążyłyby ukończyć dzieła przed wybuchem powstania styczniowego.
Dziś, po 167. latach – wracając „ad fontes” – doznaję niemalże olśnienia, swoistej „eureki”, że wiekopomna chwila święcenia kamienia węgielnego pod budowę kościoła i klasztoru mariawickiego, którą stale możemy przeżywać dzięki pozostawionej relacji reporterskiej, znakomitej zwłaszcza w plastyce opisu scenerii i przebiegu ceremonii, to zarazem moment rozpoczęcia budowy Liceum Sienkiewicza! Jakkolwiek nikt z uczestników poświęcenia nie wiedział o tym wtedy, bieg historii zadecydował. Przenieśmy się wobec tego do interesującego nas historycznego początku, oddając głos reporterowi:
„Już w przeddzień uroczystości liczne tłumy ciekawych gromadziły się na placu pod budowę przeznaczonym, zwabione niezwykłymi przygotowaniami. U głównej bramy, wprost której kościół wznosić się będzie, wybiegły cztery wysmukłe maszty, otoczone zielenią drobnych gałązek świerczyny; pomiędzy nimi utworzony trójkąt z podobnejże zieleni, obejmował wielką tablicę z cyfrą Maryi. Na samym placu do późnej nocy gorliwie pracowano przy kopaniu fundamentów, pod nadzorem W. Kaliszewskiego budową kierującego. Krzyż, godło zbawienia, obwiedziony girlandami z bluszczu i kwitnących powoi, wskazywał miejsce wielkiego ołtarza. Poza nim w oddali widniała zbudowana naprędce altana, w której przygotowywano tymczasowy ołtarz do jutrzejszej ceremonii; przybrana była świeżymi gałęziami brzeziny, strojna bogatymi dywanami, makatami i gobelinami. Obok niej wznosiła się ambona, z której przemawiać miano nazajutrz do zgromadzonego ludu, takoż przybrana w makaty i dywany. Miejsce, czyli plac cały pod kościół przeznaczony, otaczały szpalery ze świeżo nasadzonych drzew świerczyny, dębu i brzeziny, tworząc całość pełną świeżości i dobrego gustu, mile wpadającą w oko. Cały piękny świat miasteczka jak gdyby wybrał sobie plac na miejsce schadzki, licznie się na nim zgromadził, a młode i nadobne córy Częstochowy biegły na wyścigi z pomocą siostrom Mariawitkom, to zawieszając święte obrazy, to wieńcząc ołtarz kwiatami.
Nazajutrz w niedzielę dnia 11 września już od rana tłumy pobożnego ludu zalegały aleje i ulicę Panny Maryi, wiodącą od miasta ku Jasnej Górze, jak niemniej obszerny plac przed kościołkiem Śgo Jakuba w dotychczasowym posiadaniu zgromadzenia będący, w którym od godziny 6-ej bezprzestanne msze się odprawiały. Do ubogiego domku PP. Mariawitek przybywali kolejno sąsiedni obywatele, urzędnicy miejscowi w paradnych mundurach i okoliczne duchowieństwo, pragnąc przyjąć udział w tej rzadkiej uroczystości. O godzinie 11-ej całe to zgromadzenie udało się do kościołka na solenne nabożeństwo, celebrowane przez JW. JK. Skupieńskiego, kanonika katedralnego w licznej asystencji /ks. Klemens Skupieński z kapituły katedralnej we Włocławku, bo Częstochowa należała do diecezji kujawsko-kaliskiej; skróty przed nazwiskiem odnoszą się do polskich odpowiedników tytułów łacińskich: Jaśnie Wielmożny, Jaśnie Oświecony – ZM/. Doborowa kapela towarzyszyła pieniom wznoszącym się do Pana Zastępów, które tłumy ludu rozsypane na placu i przyległych ulicach tysiącznymi powtarzając głosy, tworzyły wzniosły i uroczysty hymn, wielką pieśń dziękczynną.
Około godziny 1-ej JW. JK. Biskup Marszewski /ks. Jan Michał Marszewski był biskupem ordynariuszem kujawsko-kaliskim – ZM/, przybrany pontyfikalnie, poprzedzony licznym duchowieństwem udał się w uroczystej procesji z kościołka ku placowi; baldachim nad dostojnym pasterzem nieśli przybyli obywatele i urzędnicy miejscowi. Orkiestra, która przez cały ciąg pochodu wykonywała wyborne marsze, poprzedzała orszak. Za nią postępowało długim szeregiem duchowieństwo świeckie i zakonnice, dwoma rzędami, ze świecami w ręku i godłem zbawienia na czele; dalej szły parami wychowanki PP. Mariawitek, przybrane w bieli, z zielonymi wieńcami na głowach, z długimi przejrzystymi welonami, sypiąc kwiaty po drodze, którą postępował dostojny biskup. Poza nim szły siostry zakonne w popielatych płaszczach, z wyszytym imieniem Maryi na lewym boku, ze świecami gorejącymi w ręku; dalej obywatele miejscowi i przybyli urzędnicy, oraz masy pobożnego ludu, który do 30 tysięcy dochodził.
Za przybyciem na plac i po odprawieniu modłów przy wzniesionym w altanie ołtarzu, przystąpiono do podpisania przygotowanego aktu założenia i poświęcenia kamienia węgielnego do budowy nowej świątyni pod nazwaniem „Serca Maryi”, w czym udział wzięły wszystkie obecne znakomitsze osoby. Akt takowy złożony został w puszkę szklaną, a z nią razem w drugą puszkę blaszaną dla zabezpieczenia od wilgoci i zepsucia. Po czym K. Biskup zszedłszy po stopniach aż do głębi fundamentu, umieścił puszkę w przygotowany na ten cel otwór i własną ręką wmurował kamień, opatrzony odpowiednim do okoliczności napisem. Następnie zaś poświęcił i pobłogosławił rozpoczętą robotę. I wnet hymn „Ciebie Boże chwalimy” wydany przez tysiące piersi rozległ się jak huk niebieskiego gromu po całym obszernym placu i przyległych ulicach, dochodząc z jednej strony do stóp Jasnej Góry, z drugiej zaś aż do mostu nad koleją żelazną położonego”.
Ale to nie koniec, bo potem kanonik Skupieński wygłosił mowę, w której streścił dzieje Zgromadzenia Panien Mariawitek, podkreślając jego zasługi dla dobra religii i ludzkości. „Przechodząc dalej do zgromadzenia częstochowskiego, wystawił wymownie godną pochwały i naśladowania gorliwość dzisiejszej przełożonej /Pauliny Jellec – ZM/, od lat przeszło 25. zgromadzeniem tym wzorowo zarządzającej, której między innymi zawdzięczyć należy tak myśl, jak i niezmordowane zajęcie się wzniesieniem nowego przybytku na cześć niepokalanej Maryi Panny, Orędowniczki i Patronki naszego narodu, pod skrzydłami której tysiące ludu doznaje osłody w cierpieniach, pociechy w utrapieniach, ulgi w boleściach; rozszerzenia niemniej pożytecznych działań wzniesieniem odpowiedniejszego celowi klasztoru, zdolnego pomieścić większą liczbę neofitek i sierotek, znajdujących pod ich dachem przytułek i naukę. Dlatego wzywał i zachęcał zebrany lud do niesienia pomocy ubogim siostrom w tak chwalebnym przedsięwzięciu”. Apel nie pozostał bez odzewu – zarządzona zaraz na placu kwesta „przyniosła obfite żniwo. Posypały się na tacki kwestujących groszaki, złotówki i ruble, gdzieniegdzie nawet i złoto zaświeciło”. Sam biskup złożył ofiarę w kwocie 100 rubli srebrem.
Powrót do „kościołka Świętego Jakuba” odbył się w takim samym orszaku jak uprzednio, a potem dostojnicy „udali się do domu PP. Mariawitek na skromny obiad, przy którym gościom (…) posługiwała szanowna przełożona, pragnąc dać ten nowy dowód głębokiej wdzięczności”.
Od tej pory intensywne roboty biegły sprawnie, dynamicznie, tak iż solidna piętrowa budowla o grubych murach (kościół i klasztor) została postawiona w ciągu trzech lat. Przełomowy wydaje się koniec maja 1860 roku. Przełożona Jellec zgromadziła wówczas środki w wysokości 1 504 rubli srebrem i 10 kopiejek (to dużo, zważywszy, że 50 rubli gwarantowało jednej osobie komfortowe życie przez miesiąc, ale mało jak na taką kosztowną inwestycję – ZM): „Chcąc przynieść pociechę sercom chrześcijańskim – wyznała w liście do prasy – sercom kochającym serce najmiłosierniejsze Maryi Matki Boga, sercom, które tak szlachetnymi przejęły się uczuciami przyjścia w pomoc mnie nędznej istocie w doprowadzeniu zamiarów Boskich do skutku postawienia świątyni na cześć Serca Matki Miłosierdzia, tu u podnóżka Jej Cudownego Obrazu na Jasnej Górze, czuję się w obowiązku uczynić sprawozdanie (…)”. Z podzięką za szczodry dar połączyła kolejny apel: „(…) znowu proszę i błagam tych, którzy jeszcze wesprzeć mają, nie opóźniajcie się, bo w miarę dochodów mury się wznoszą, a dążność moja jest, aby przy pomocy Pana Boga, w tym roku tę część zaczętą wyprowadzić pod dach i pokryć blachą”.
Rzeczywiście, latem 1860 roku mury nowej świątyni oraz części gmachu klasztornego zaczęły szybko wyrastać. „Kierujący robotami budowniczy Kaliszewski, pragnąc pokryć je przed zimą dachem, ażeby od uszkodzenia zabezpieczyć, pośpieszał ze swym dziełem, silnie w tym wspomagany przez rozmaitych rzemieślników i robotników do budowy użytych. Starania jego nie były daremne, już bowiem na dniu 20 września zatknięty został wieniec na ukończonym wiązaniu dachowym wznoszącego się kościoła”. Uroczystość uwieńczenia „poprzedziło – czytamy w relacji stamtąd – solenne nabożeństwo odprawione w kościołku Śgo Jakuba wobec całego Zgromadzenia PP. Mariawitek, wychowanek klasztoru, majstrów, czeladzi, pomocników i licznie zebranej publiczności, na intencję wszystkich dobroczyńców, którzy ofiarami swymi do wzniesienia tej budowy przyczynili się. Po czym wieniec poświęcony przez kapłana niesiony był przez trzy wychowanki zakonu ubrane w bieli, w asystencji zgromadzonego pobożnego ludu na plac budowy, gdzie przez świątecznie przybranych rzemieślników zawieszony został na krzyżu, na szczycie kościoła umieszczonym”.
Z tej okazji przemówił do rzemieślników i robotników majster ciesielski Franciszek Koczula. W jego szczerej a pięknej mowie, w której tekście (wplecionym do sprawozdania przez reportera) każde słowo nacechowane jest szlachetną prostotą, brzmi przekonanie o wyłącznej sprawczości Boga i zasłudze siostry Jellec. Oto fragment: „Niejeden przy rozpoczęciu tej budowy powątpiewał, nie spodziewając się odpowiednich funduszów, o dokonaniu tak wielkiego dzieła. Ja jako naoczny świadek i współpracownik, oświadczyć mogę, ile przedsiębiorczyni tego dzieła Przewielebna Paulina Jellec przełożona klasztoru PP. Mariawitek użyła pracy, zabiegów i trosk, zanim ta budowa do tego stanu doprowadzoną została. Lecz na szczęście i pociechę jej i naszą, Bóg dobrotliwy nie odmówił swej łaski i pomocy, natchnąwszy serca prawowiernych i pobożnych chrześcijan, którzy widząc, na jaki cel ta wspaniała budowla powstaje, szczerym sercem pośpieszyli z datkami i pomocą na tak szlachetny i Bogu miły użytek; bo kto pokłada ufność w łasce i dobroci Boga, ten nie na piasku, lecz na stałej buduje opoce, i może być pewny najwyższej Jego pomocy. Dlatego niepłonną mamy nadzieję, że niezadługo całe to dzieło przy pomocy Najwyższego ukończonym ujrzymy”.
Na koniec dobrego A.D. 1860 Siostra Paulina wystosowała do prasy list-homilię o charakterze dziękczynnym. Zaczęła tradycyjną formułą zakonną: „A Imię Panny Maryja”, złożyła życzenia katolickie z okazji Nowego Roku wszystkim dobroczyńcom, a następnie zarysowała stopień zaawansowania robót i nakreśliła plan działań na rok 1861 słowami niezłomności i nadziei:
„Dzięki niech będą, dzięki Najwyższemu Bogu i wszystkim ofiarodawcom, że już mury kościelne i jedna trzecia część klasztoru są wyprowadzone i pokryte blachą angielską, reszta zaś murów kościelnych jeszcze nawet nie zaczęta; na to mam trochę wywiezionych kamieni i paręset korcy wapna /zapewne chodzi o korzec warszawski liczący nieco ponad 120 litrów – ZM/, ale to wszystko w stosunku kompletnego wykończenia tej budowy ledwo czwartą część potrzebnego funduszu stanowi, bo wiadomo wszystkim, że zamknięcie domu więcej kosztuje aniżeli mury, a cóż dopiero wewnętrzne urządzenie kościoła, ołtarze, ławki, chór, organy i różne inne ozdoby. Przeto Kochani Bracia i Siostry, kończcie to dzieło, któreście tak gorliwie zaczęli. Wasze to dzieło, nie moje. Bóg jest tu Rządcą, a Wy fundatorami i kasjerami, Wam to będzie honor i sława, Wasze Imiona będą zapisane w księgi żywota wiecznego i w aktach Zgromadzenia Naszego; ja zaś jestem tylko Stróżem tej fabryki, a Waszą sługą, bezpłatną a wierną, a jeżeli Boska Opatrzność dopomoże mi, przez Was kochani Bracia i Siostry, to za rok budowa ta całkowicie ukończoną być może”.
Poinformowała też o zaofiarowaniu się artystów warszawskich do wykonania obrazów do ołtarzy, zakończyła zaś tak: „Proszę Was więc i błagam przez miłość Maryi, przybywajcie mi z pomocą, żebyśmy mogli dokończyć to, cośmy zaczęli na cześć i chwałę Boga i Matki Jego Najświętszej, co daj dobry Boże! Amen. Sługa sług Maryi Paulina Jellec”.
Zwróćmy uwagę na ową wzmiankę: „mam trochę wywiezionych kamieni”. Dawniej, ale i w bliższych nam latach I połowy XX wieku, był to podstawowy i bodaj najtańszy materiał budowlany w Polsce. Niespodziewanie ukazał się nam w całej okazałości, odsłonięty podczas prac remontowych sal lekcyjnych w 2025 roku. Zakonserwowany fragment takiej ściany z kamienia wygląda na tyle estetycznie i stylowo, że możemy go podziwiać w pracowni historycznej nr 17.

Pewien zastój w pracach, mimo zimy łagodnej, bezśnieżnej, deszczowej, ale – co gorsza – w napływie środków, na przełomie lat 1861/1862, musiał mocno niepokoić przedsiębiorczą matkę zakonną, bo zapobiegliwie zwróciła się z kolejnym apelem, gdy prace należało wznowić na wiosnę; brakowało ogromnej kwoty:
„Ponieważ do wykończenia budującej się Świątyni na Cześć Najsłodszego Serca Maryi i zabudowań klasztornych potrzebuję jeszcze około sto tysięcy złotych polskich /to równowartość 15 000 rubli w srebrze – ZM/ i z tego powodu często bardzo smutne napastują mnie myśli z gorzkimi wyrzutami: „za wielkie zaczęłaś dzieło, nie potrafisz skończyć!”, i nieraz już, już upadająca na duchu, pokrzepiam się ufnością w opatrzność Boga, która nikogo nie myli; i w tej ufności, w Imię Boga i Matki Jego Najświętszej, na tym miejscu cudami słynącej, odzywam się do wspaniałych serc Waszych kochani Bracia i Siostry w Chrystusie, błagając rzewnymi łzami, nie odmawiajcie mi do końca pomocy Waszej ku powiększeniu czci i chwały Pana Boga. (…) a tym sposobem summa potrzebna bardzo prędko się zbierze i przy pomocy Pana Boga budowa w tym roku się skończy, i poświęcenie kościoła i przeprowadzenie zgromadzenia wraz z całym zakładem sierot nastąpi (…)”.
I nastąpiło! S. Paulina Jellec dopięła celu. Radości towarzyszył podziw, jakkolwiek wnętrza części klasztornej wymagały dalszych nakładów. Nadzieję na dokończenie inwestycji wzmacniała niezawodna postawa wiernych. Optymistyczne przekonanie co do tego sformułował wysłannik „Tygodnika Ilustrowanego” do Częstochowy; obejrzawszy imponujące dokonanie napisał:
„Zabudowania klasztorne nie są jeszcze w zupełności ukończone, czekając na łaskawe ofiary, których pp. Mariawitki spodziewają się od pobożnych i hojnych swych współrodaków; bo jeżeli nowe i takich rozmiarów gmachy w tak krótkim czasie do tego stanu podniesione zostały, to i reszta dokonaną będzie przy Bożej pomocy”.
Znaczenie urzeczywistnionego zamiaru wykraczało poza kontekst mariawicki. Żeby dobrze zrozumieć głębszą symbolikę czynu naszych zakonnic, spróbujmy uważnie wczytać się we wstęp do sprawozdania Pauliny Jellec z konsekracji kościoła, poczytującej go za dzieło wierzących Polaków:
„Zaledwie rok czwarty upływa, jak objawioną została po raz pierwszy myśl wzniesienia nowej świątyni na cześć „Serca Maryi”, u stóp Jasnej Góry, oraz zabudowań klasztornych dla pomieszczenia pokornych służebnic świętego Jej imienia; a już okazałe gmachy wzniosły się na pustym dotąd placu, przyczyniając niemałej ozdoby wybranemu grodowi, bogatemu w świetne wspomnienia historyczne, upamiętnionemu bohaterską jego obroną przeciwko najezdniczemu Szwedowi, w chwili, w której cały już naród zwątpiwszy o swym ocaleniu, gotów był poddać kark swój w niewolnicze jarzmo”.
Aluzja historyczna posłużyła tutaj autorce za nośnik mowy ezopowej, do stworzenia czegoś na kształt kostiumu historycznego, nadawanego w XIX w. utworom literackim najpierw przez Mickiewicza w „Konradzie Wallenrodzie” (1828), a potem – Sienkiewicza w „Potopie”(1886) czy „Krzyżakach” (1900), dla przekazania aktualnych treści politycznych w sposób nieczytelny dla cenzury rządowej rosyjskiej. Zwłaszcza motyw najazdu szwedzkiego będzie zdobywał w kulturze XIX-wiecznej coraz większą popularność, której kulminacja nastąpi wraz z drukiem powieści Sienkiewicza. Oprócz ukrytego nawiązania do obecnej sytuacji niewoli (owo „niewolnicze jarzmo”) s. Jellec zawarła w tekście koncepcję działania mającą przynieść korzyści narodowi, „małe zwycięstwa” nad carskim despotyzmem, nienawiścią, potęgą militarną. Swoją strategią wyprzedziła głośne wystąpienia przyszłych pozytywistów, opierając ją na solidaryzmie społecznym, wzajemnej pomocy i współpracy w duchu chrześcijańskim, zachowywaniu i pomnażaniu narodowych dóbr duchowych, kulturalnych i materialnych. Jak słuszna była to taktyka, i właściwie jedyna najskuteczniejsza w staraniach o Polskę wtedy, świadczą opłakane konsekwencje zrywu lat 1863-1864, a więc walki zbrojnej, za którą zaborca weźmie srogi odwet. Kasata Zakonu Mariawitek po ich 79-letniej obecności w Częstochowie (1786-1865) będzie tylko jedną z wielu smutnych i dotkliwych, ale jakże znamiennych, konsekwencji lokalnych klęski powstania styczniowego.
W 1862 roku, gdy święciły tryumfów, wieńcząc długoletnią służbę Bogu i Narodowi u tronu Królowej Polski, zegar zaczął im odmierzać przejmująco mało czasu trwania na placówce w nowym domu, który w „niemałym trudzie – dla pokrzepienia serc” – jakby rzekł Sienkiewicz – powstawał. (Do 17 kwietnia 1864, dnia sporządzenia spisu inwentarza w obecności władz, pozostało raptem 19 miesięcy, a do 10 X 1865 r. – przekazania budynku władzom przez biskupa włocławskiego – miesięcy 25!). Konsekracja odbyła się w wigilię święta Maryjnego pieczołowicie kultywowanego na Jasnej Górze, a była to w 1862 roku niedziela 7 września, czego nie omieszkał przypomnieć felietonista „Tygodnika Ilustrowanego”:
„Ostatnie święto Panny Maryi jest prawdziwym świętem odpustów: na setki można je liczyć w kraju naszym. Po drogach mnóstwo pobożnego ludu ciągnie; wszędzie natłok modlących się.
W samej Częstochowie zebrało się przeszło 60.000 pobożnych /podkr. – ZM/. Zdwoiło uroczystość poświęcenie kościoła panien Mariawitek, który już prawie ukończony. Piękna, zaprawdę, budowla; a wszystko to ze składek złotówkowych, groszowych nawet, z dobrej woli ludzkiej. Takie dzieło jest najtrwalszym, serca pobożnych i uczciwych ludzi najsilniejszym są kamieniem węgielnym”.
Po dwóch miesiącach redakcja tegoż „Tygodnika” wróciła do tematu, zamieszczając drzeworyt z opisem. Dzięki niemu przekonujemy się o różnicach między pierwotnym a obecnym wystrojem zewnętrznym obiektu:
1862 r.
I poł. XXI w.
„W niezbyt wielkiej odległości od jasnogórskich gmachów, zabudowań klasztornych i pięknej świątyni N. Maryi Panny, przy alei łączącej Starą Częstochowę z Jasną Górą, niedawno wzniesiono gmach klasztoru pp. Mariawitek, z dwoma obszernymi pawilonami, wraz z kościołem pod nazwaniem: „Serca Maryi”. Kościół niezbyt wielki, w formie podłużnej, opatrzony trzema ołtarzami, to jest wielkim i dwoma bocznymi; posadzka kamienna, w drobne tafelki ułożona, zarówno w samym kościele, jak i w przyległych korytarzach do kościelnych procesji posłużyć mających. Nad świątynią wznosi się wieża większa i dwie blisko niej mniejsze, oraz czwarta na szczycie kościoła od strony Jasnej Góry”.
Przy tym chwalono zasługi Mariawitek dla rozwoju szkolnictwa oraz kierowano staropolskie życzenia:
„Staranność i troskliwość pobożnych sióstr N. Maryi Panny poświęconych, przyczyniła się do nowej ozdoby miasta, które winno im będzie pożytki, jakie z czasem nie tylko bliższe okolice, ale i kraj stąd odniesie, tym bardziej że kiedyś i instytut dla biednych panienek ma być przy kościele otwartym /podkr. – ZM/. W tym to celu przy budowie klasztornego gmachu pomyślano o salach i o klasach /podkr. – ZM/ na to użyć się mających. Szczęść Wam Boże, pobożne i czcigodne niewiasty!”.
Konsekracja przeszła do historii miasta i kraju – co warto przypomnieć – jako wydarzenie podniosłe i tłumne, religijne i patriotyczne, a w dziejach Częstochowy – najważniejsze w roku 1862. Jak przebiegała? Oddajmy głos Wielebnej Paulinie Jellec, utrwalony w pięknym opisie jej autorstwa:
„W przeddzień 7 września, przeznaczonego na konsekrację, zebrały się tłumy ludu dla uczestniczenia w ceremonii poświęcenia dzwonów do nowego kościoła, dopełnionego przez J. W. X. Biskupa Marszewskiego. Tegoż samego wieczora relikwie Świętych Pańskich, Patronów Królestwa, wniesione zostały na ołtarz zbudowany na ten cel przed kościołem i złożone do cymborium, w którym pozostały do dnia następnego. Tak ślicznie pogoda sprzyjała całej tej uroczystości, że liczne światła, jakimi uiluminowany był kościół, klasztor i obszerny plac przedkościelny, gorzały przez noc całą tak spokojnie, jak wśród zamkniętego pokoju; toteż zebrany lud, jakby jedną natchniony myślą, przez całą tę noc pozostał na klęczkach, modląc się i wyśpiewując pobożne pieśni na cześć w łaskach nieprzebranej Dziewicy Maryi, królowej naszej Korony, uważanej przez cały naród za najpierwszą jego Patronkę i Orędowniczkę.
Przed świątynią wznosił się ogromnej wielkości transparent z cyfrą „Imienia Maryi”, a po obydwu jego bokach kolumny dźwigające grupy aniołów, unoszących w obłoki promieniejące „Jej Serce” i inne symboliczne znaki i napisy, do tej uroczystości zastosowane. Ponad główną bramą wchodową od ulicy, wprost kościoła, jaśniał w przezroczu napis: „Rozległe królestwa i wszystkie narody wyśpiewujcie sławę Maryi!”. Od bramy wchodowej do wielkich drzwi kościoła wysadzony był podwójny szpaler z wzniosłych brzóz i świerków przybranych gęsto w rozliczne lampy kolorowe; podobnież lampami przeplatane były zielone girlandy i festony zdobiące okna świątyni; oprócz nich na całej przestrzeni obszernego placu gorzały w kształcie ogrodowych kłębów liczne pochodnie i kagańce. Toteż kiedy po odbytej uroczystości konsekracyjnej, już w niedzielę wieczorem dnia 7 września, zajaśniały wszystkie te światła, całość przedstawiła prawdziwie uroczy widok, którym obecny lud nacieszyć się nie mógł, widząc taki hołd oddany Najświętszej Maryi; a gdy zabłysły różnokolorowe ognie bengalskie, oświecając blaskiem poświęcony Jej czci kościół i klasztor, i tysiące zebranego ludu, to radość i podziw jego nie miały już granic i wybuchły w potężnym okrzyku uwielbienia, jakby z jednej piersi wydobytym.
W dniu konsekracji rano, przy przeniesieniu relikwii Świętych, miał stosowną mowę J. W. X. Biskup, zaś około godziny 11, to jest po dopełnionej już konsekracji, przeprowadzone zostało w uroczystej procesji „Sanctissimum” z kościoła świętego Jakuba. Tysiące pobożnego ludu towarzyszyło uroczystemu pochodowi; najznakomitsi obywatele i urzędnicy podtrzymywali baldachim, pobożne zaś córy przybrane w białe tuniki, malowniczo odbijające od czarnych aksamitnych, przewodniczyły tej świetnej procesji dźwigając kościelne chorągwie i feretrony, po większej części pobożnym ich darem będące. Pomiędzy nimi zwracał szczególną uwagę feretron z wyobrażeniem z jednej strony „Serca Maryi”, z drugiej świętego Józefa Jej Oblubieńca, wykonany i ofiarowany przez znanego artystę malarza Juliusza Kossaka. Za nimi postępowały wychowanki Zgromadzenia Panien Mariawitek, ubrane całkiem w bieli z zielonymi wieńcami na głowach; dwie z nich najmłodsze niosły na białych atłasowych poduszkach: jedna sztucznie ułożoną z kwiatów cyfrę Imienia Maryi, druga serce Jej gorejące; dwie zaś przed nimi niosły wielką girlandę z róż uwitą. Dalej postępowały w porządku cechy miejskie ze światłem i chorągwiami; poza baldachimem zaś tysiące zgromadzonego ludu. Cała ta posesja przybywszy do nowo konsekrowanego kościoła, obeszła go naokoło, po czym odprawiona w nim została pierwsza summa, celebrowana przez J. W. X. Biskupa, przy towarzyszeniu (z braku organów) śpiewów, przez uczennice, wychowanki Zgromadzenia, pięknie wykonanych.
Nowa świątynia, jakkolwiek niewykończona jeszcze zupełnie, przedstawia całość pełną powagi; pomijając wspaniałe obrazy poprzednio już opisane, przemilczeć nie możemy o nowych ozdobach, jakie stanowią: naprzód ogromnych rozmiarów dywan z kilkudziesięciu złożony kwadratów, pokrywający stopnie wielkiego ołtarza i część prezbiterium; praca i dar pobożnych Dam, które Zgromadzenie zawdzięcza głównie staraniom J. W. Pani Kommar-Gackiej. Dalej mistrzowsko wykonane sztuczne kwiaty, zdobiące ołtarze, świeczniki i całą prawie świątynię, ofiarowane przez Panie Łysakowską z Warszawy, Pakulską i przez Panią K… Wreszcie rozmaite kościelne przybory i ozdoby, jak: gustowne siatkowe antypedia /zasłony na ołtarz – ZM/ i tuwalnie różnogatunkowe /welony naramienne służące do osłaniania dłoni kapłana trzymającego monstrancję – ZM/, nadesłane z różnych stron kraju, najwięcej zaś z Warszawy. Wszystkie te dary, stosownie do objawionego życzenia Ofiarodawców, użyte były w dniu tym do służby Bożej, przyczyniając się chociaż pośrednio do chwały Chrystusa Pana i Niepokalanej Jego Matki.
Po skończonej summie przemówił do zgromadzonych przed kościołem J. W. Xiądz Skupieński Oficjał, ten sam, który przed trzema laty w tymże samym dniu i miejscu przemawiał był do zebranego ludu na uroczystość położenia węgielnego kamienia pod budowę świątyni, w której już dziś tenże sam lud zanieść mógł modły swe do Pana zastępów o pomyślność i opiekę /nieścisłość: kamień węgielny poświęcono 11 IX 1859 r. – ZM/. Zaczynając Xiądz Oficjał mowę swą od słów: „Błogosławiony Bóg w dziełach swoich” przypomniał, jaka się należy cześć temu Najwyższemu Panu, Stwórcy wszech rzeczy. Zachęcając do wytrwałości w przedsięwzięciach, zakończył mowę nadzieją, iż pobożni przyjdą jeszcze z chętną pomocą do zupełnego wykończenia świątyni, wzniesienie której daje wymowne świadectwo niewygasłej dotąd w sercach naszych miłości do tradycji i wiary ojców naszych. Po skończonej przemowie J. W. X. Biskup udzielił zebranym pasterskie błogosławieństwo, polecając ich opiece Boskiej; każdy też z obecnych powrócił do domu skrzepiony na duchu i z nadzieją lepszej przyszłości”.
Świątynia (wg planów W. Kaliszewskiego i Franciszka de Tournelle – ucznia Henryka Marconiego) wyglądała cudnie (większość elementów jej wystroju zachowała się do dziś). O głównym jej dekoratorze pisano:
„Roboty cementowe (z cementu krajowego z Grodźca), a mianowicie Wielki Ołtarz, trzy wieżyczki frontowe, wielkie okno po prawej stronie, filary, posadzki, lichtarze na ołtarzach, gipsowe kasetony na suficie, roboty snycerskie, to jest dwa boczne ołtarze i ławki, wykonał p. Adolf Bannerth”.
Centralny ołtarz artystycznie dopełnił rzeźbami z kamienia Feliks Krasuski. Wielką uwagę budził umieszczony w nim główny obraz „Najmiłosierniejszego Serca Maryi” pędzla Rafała Hadziewicza. Do ołtarza bocznego po prawej stronie namalował „Przemienienie Pańskie” January Suchodolski, a „Świętego Stanisława Szczepanowskiego Biskupa” – Alfred Schouppe. Z kolei do ołtarza po lewej: „Świętych Piotra i Pawła” – Jan Ksawery Kaniewski oraz „Złożenie Chrystusa Pana do grobu” – Piotr Le Brun. W skład galerii sakralnego malarstwa, które współtworzyło estetyczny wystrój wnętrza, weszły również obrazy innych malarzy warszawskich: Ignacego Gepnera, Józefa Simlera, a także twórcy z Częstochowy, Łękowskiego (obraz „Zdjęcie z Krzyża”). Wszystkie dzieła malarskie były ofiarami artystów zgodnie z deklaracją złożoną siostrze Jellec w 1860 roku. Brakowało tylko organów, ale już je budował „p. Józef Szymański, organmistrz z Częstochowy, uczeń i współpracownik przez lat kilkanaście znanego naszego organmistrza, p. /Mateusza – ZM/ Mielczarskiego – informowała „Gazeta Polska”.
Cel szczegółowy „na organy”, oprócz ogólnego, dobrze znanego – „na budowę kościoła”, zaczął widnieć w rubryce wpłat podawanych przez gazety do publicznej wiadomości. Redakcje bowiem kontynuowały pośrednictwo, komunikując na przykład tak: „Szczęśliwie tedy doprowadzone dzieło do skutku, wymaga jeszcze dość znacznych wewnętrznych urządzeń, dlatego jak dotąd, tak i nadal każda ofiara z wdzięcznością przyjmowaną będzie”. W Warszawie obmyślono też inną formę zachęty do przekazywania środków – loterię fantową. Jej uczestnicy, wśród nich pielgrzymi, mogli cieszyć się podwójnie: raz – że skutecznie dołożyli swoją cegiełkę, dwa – że wylosowali nagrodę, a wygrywał co drugi numer.
Piękno mariawickiego kościółka, pachnącego świeżością, w środku bajecznie kolorowego, od razu skłoniło redakcje pism do wszczęcia alarmu o złym stanie Jasnej Góry. Wyliczenie zniszczeń i zaniedbań, jakiego dokonał felietonista „Tygodnika Ilustrowanego”, aż porażało: „Złocenia ścierają się, prześliczne ozdoby sklepień ulegają powolnemu zniszczeniu, na drogich makatach widne działanie wilgoci, zaniedbanie przebija wszędzie. W samym klasztorze jakaś atmosfera duszna i niezdrowa; co krok spotyka się skład rupieci. Podziemia się walą, tu i owdzie rozpadło się sklepienie i widać przez szczelinę zanieczyszczone lochy, około których trudno przejść, takie z nich wydobywają się przykre wyziewy. Mury w najgorszym stanie. Na wieżę wejść niepodobna prawie, zniszczone tam schody, bo od niepamiętnych czasów nikt nie pomyślał o naprawie”. Na koniec głos Polaków w osobie redaktora pytał retorycznie: „Czy to się godzi?” – nie rodaków pytał przecież, lecz rosyjskich namiestników prowadzących dewastacyjną politykę wobec polskich zabytków i pamiątek przeszłości. Niestety, zajęcie klasztoru na koszary dla sołdatów, składy wyposażenia i amunicji oraz zaplecze gospodarcze wojska będzie tylko dopełniać dzieła zniszczenia po upadku powstania styczniowego.
Ofiarą represji padną również Mariawitki. Zanim jednak zostaną usunięte z Częstochowy na zawsze, a budynki Zgromadzenia przejęte przez wrogą władzę, Siostry nadadzą nowej siedzibie charakter tętniącego życiem wielozadaniowego ośrodka kulturotwórczego. Bodaj pierwszą inicjatywą stało się utworzenie filii Arcybractwa Czci Serca Maryi, istniejącego przy Kościele Księży Bernardynów w Warszawie. Niebawem, 5 listopada, zakonnice zorganizują pierwszą z cyklu mszy dziękczynnych – „wotywę solenną za wszystkich ofiarodawców”, zgodnie z przyrzeczeniem, które przełożona złożyła w czasie budowy. O formie nadanej modlitwom, wiemy z prasy: „Ołtarz był przybrany bardzo gustownie wazonami kwiatów naturalnych, mnóstwo światła gorzało na cześć NIEPOKALANEJ BOGARODZICY; dla braku jeszcze organu, w czasie wotywy śpiewały wychowanki PP. Mariawitek. Takowe nabożeństwo odprawiać się będzie na tęż samą intencję zawsze w pierwszą środę każdego miesiąca”.
7 września 1862 – tę dokładną datę konsekracji w oczywisty sposób przyjmujemy za początek funkcjonowania kościoła pod wezwaniem Serca Maryi, ale zarazem powinniśmy oznaczyć nią inaugurację działalności szkoły w nowym budynku klasztornym wraz z rozpoczynającym się rokiem szkolnym 1862/1863. Odtąd przy konsekrowanej świątyni, w miejscu wielokrotnie błogosławionym i święconym w trakcie zabudowy terenu, rozpoczyna swój bieg historia placówki oświatowej, która nazywa się obecnie IV Liceum Ogólnokształcące im. Henryka Sienkiewicza. Rodacy z bliska i z daleka, z najdalszych kresów Rzeczypospolitej – w pomocy częstochowskim Pannom Mariawitkom z siostrą Pauliną Jellec i siostrą Anną Tabeńską – budowali ten obiekt ofiarami i datkami, myślami i uczuciami, słowami wezwań i ogłoszeń, modlitewnymi prośbami i podziękami. Budowali „Ad majorem Dei et Patriae gloriam”. W ten sposób składali świadectwo swej wiary i patriotyzmu, czyniąc niemożliwe – możliwym. Warto o tym pamiętać, przychodząc na lekcje w historycznych murach tej szkoły, mającej unikalną genezę – rodowód religijny.
CZEŚĆ WAM I WIECZNA CHWAŁA NASI PRZODKOWIE BUDOWNICZY!
CZEŚĆ WAM I WIECZNA CHWAŁA CZCIGODNE PANNY MARIAWITKI!
CZEŚĆ WAM I WIECZNA CHWAŁA
WIELEBNA SIOSTRO PAULINO, ZACNA SIOSTRO ANNO!
Cześć Wam i wieczna chwała za dobry, piękny, błogosławiony Boży dar, niezmiennie służący kolejnym młodym pokoleniom na przestrzeni zmieniających się dziejów, za pamiątkę, która po Was została! Niech tablica na murach szkolnych kiedyś godnie upamiętni Was!
Prapoczątek, którego wspomnieniem będzie w roku 2027 Jubileusz 165-lecia Szkoły, niech stanie się też ponadczasową lekcją dla wszystkich Polaków, jak chciał jeden z dziennikarzy, przypominając dobrze znaną prawdę, gdy dobiegał końca 67. rok zaborów Rzeczypospolitej:
„W zgodzie i jedności, choć małymi, aby tylko zjednoczonymi siłami, wielkie rzeczy dokonywać można. Żywiąc zaś w sobie ciągłą gorliwość o wszystko, co święte, dobre i pożyteczne, nie marnując zdrowia, czasu i grosza, to zawsze znajdziemy środki dostateczne do przedsięwzięć dobro ogółu na celu mających”.









































